CZAS NA ZMIANY W MYŚLENIU

Janusz Miazowski

Moje głębsze zainteresowanie problemami Nowej Huty zaczęło się od momentu zostania czytelnikiem Głosu-Tygodnik Nowohucki. Sięgnięcie po tą gazetę było naturalną koleją rzeczy, związaną z osiedleniem się w północno-wschodniej części miasta. Mieszkając poprzednio w tzw. Krakowie i czytając tzw. krakowską prasę żyłem w błogim przeświadczeniu o wspólnych (mniej więcej), dla wszystkich krakowian, problemach a przede wszystkim oczywistej, ogólnie pojętej, wspólnocie interesów.

Z tego też powodu nigdy nie przypuszczałem, że zmuszony wewnętrznym poczuciem odpowiedzialności zareaguję, poruszony przedziwną atmosferą panującą wśród ludzi mieszkających w tej części miasta. W żaden sposób nie mogę zrozumieć dziwnej mentalności tutejszych mieszkańców, którzy sami, z premedytacją izolują się od reszty Krakowa. Nagminnym przykładem jest ciągłe i uporczywe używanie wyrażeń podkreślających odrębność Nowej Huty i Krakowa. Rozumiem jeszcze pewne nawyki i przyzwyczajenia z czasów minionej epoki wśród zwykłych ludzi i używanie sformułowań w stylu: "...jadę do Krakowa... lub ...byłem na zakupach w Krakowie..." (zamiast: "...jadę do centrum miasta... lub ...byłem na zakupach w mieście..."), jednak zadanie pytania przez jedną z mieszkanek osiedla w Bieńczycach: "...czy Klub pod Jaszczurami jest w Nowej Hucie czy w Krakowie ?" wzbudza już dużą konsternację i mieszane uczucia. Trudno jest mi wtedy wytłumaczyć znajomym, goszczącym w Krakowie (zwłaszcza tym młodszym, nie znającym zawiłości powojennej polityki), że to tak z przyzwyczajenia, z czasów kiedy Nowa Huta miała być oddzielnym miastem.

Dziwię się jednak przedstawicielom władz, radnym a szczególnie dziennikarzom. Ci ostatni powinni wyjątkowo zwracać uwagę na język i piętnować używanie, zwłaszcza przez swoich kolegów, zwrotów powodujących nieustanną izolację Nowej Huty względem Krakowa. Gdy styl taki używają "zarozumiali" mieszkańcy centrum miasta mogę to sobie wytłumaczyć ich śmiesznym "poczuciem wyższości" spowodowanym, jak się wydaje, utożsamianiem się z konserwatywną, inteligencką elitą Królewskiego Miasta Krakowa. Dowartościowują się wtedy "upokarzając" mieszkańców niechcianej Nowej Huty, uważając ich za "nie w pełni krakowian". Nie mogą jednak zrozumieć, albo udają że nie rozumieją, że bez względu na historię tej części miasta i kojarzenie jej z komunistycznym "koniem trojańskim", tereny obejmujące obszar Nowej Huty, w związku z rozwojem i tak byłyby w granicach dzisiejszego Krakowa. W tym kontekście nie sposób jednak pojąć logiki mieszkańca Nowej Huty chyba, że z premedytacją nie chce utożsamiać się z całym miastem. Jest to wówczas zjawisko negatywne, objaw zatracenia poczucia tożsamości i identyfikowania się ze swoim Krakowem.

Jeżeli jednak już następuje konsolidacja wokół konkretnej sprawy, jest ona związana z interesem bardzo wąskiej grupy mieszkańców. Przykładem tego jest sprawa mostu Lajkonik-3, gdzie być może słuszne racje części mieszkańców Mogiły, stoją w sprzeczności z interesem reszty mieszkańców Nowej Huty, a nawet całego miasta. Sprawa ta bulwersuje szczególnie w sytuacji, w której budowa tego mostu jest jedną z inwestycji, mogących wyrwać wschodnie rejony Krakowa z marazmu inwestycyjnego. Bowiem w połączeniu z rozwiązaniem takich problemów jak: ograniczenie strefy ochronnej Huty im.T.Sendzimira, opracowanie rozwojowych planów zagospodarowania przestrzennego (łącznie z wytycznymi zawartymi w koncepcji prof. Stanisława Juchnowicza) oraz zaktywizowanie tzw. Obszaru Strategicznego Kraków-Wschód, może być szansą na odrobienie zaległości, nie tylko inwestycyjnych, w stosunku do reszty miasta.

Jak się wydaje, kluczem do tego jest zaktywizowanie społeczności lokalnej, która z jednej strony miałaby decydujący głos w podejmowaniu decyzji dotyczących kierunków rozwoju swojej dzielnicy, a z drugiej strony działała by w imię ogólnie pojętego wspólnego interesu wszystkich mieszkańców Nowej Huty. Działania takie na pewno nie są możliwe w przypadku istnienia jednego, potężnego tworu administracyjnego jakim jest dawna wielka dzielnica Nowa Huta. Likwidacja czterech wielkich dzielnic Krakowa i powołanie osiemnastu nowych, było bardzo rozsądnym i logicznym posunięciem. Powrócono do historycznych nazw dawnych podkrakowskich wsi (jeżeli w tym kontekście za Kraków uznamy teren w obrębie drugiej obwodnicy). Pozwala to w sposób bardziej trafny wyławiać najistotniejsze problemy dotyczące całego miasta. W konsekwencji coraz rzadziej słyszymy używania określeń: " ...Podgórze nie posiada rozwiązanego problemu kanalizacji..." Zastąpienie ogólnej nazwy Podgórze konkretną nazwą dzielnicy np. Wola Duchacka (chyba że problem dotyczy tego właściwego Podgórza), pozwala celniej opisywać i wskazywać problemy istniejące w poszczególnych częściach miasta, a przede wszystkim ograniczać rozmazujące ocenianie właściwych potrzeb poszczególnych dzielnic.

Ostatnim bastionem odmiennego myślenia jest właśnie Nowa Huta. Dobrze byłoby, gdyby poszczególni mieszkańcy bardziej utożsamiali się z własnymi dzisiejszymi dzielnicami. Więcej dobrego zrobi mieszkaniec os. Tysiąclecia lub Bohaterów Września dla swoich Mistrzejowic, tak jak więcej zrobi mieszkaniec os. Zgody lub Wandy dla swojej Nowej Huty (tej właściwej Nowej Huty).

Szanowni Państwo! Czas skończyć z izolowaniem się i traktowaniem tego sztucznego tworu jakim była Nowa Huta jako oddzielnego miasteczka. Dawna Nowa Huta to tak naprawdę wiele dzielnic - dawnych podkrakowskich wsi, mających swoją historię i nie koniecznie tą komunistyczną. Na północnym-zachodzie istnieją Mistrzejowice, na południowy-wschód od nich leżą Bieńczyce, a dalej ta właściwa Nowa Huta czyli całkiem nowa kolonia powstała pomiędzy Mogiłą a Bieńczycami, będąca największą dzielnicą Krakowa, obejmująca obecnie między innymi Mogiłę, Ruszczę i Branice. Północno-wschodnia część dawnej wielkiej Nowej Huty to Grębałów, między innymi z Krzesławicami i Kantorowicami, natomiast południowo-zachodnia jej część to Czyżyny z Łęgiem. Pamiętajmy więc o tym i z takimi dzielnicami się identyfikujmy.

Intencją tego felietonu, było zwrócenie uwagi na rzeczy, na które generalnie nie zwracamy uwagi. Przyzwyczajenie robi swoje i jak się okazuje, umacnia myślenie w starym stylu. Zastanówmy się nad tym.